Box reklamowy
Box reklamowy
Wydrukuj artykuł
2011-03-17 10:06:52

Dlaczego edukacyjny plan Balcerowicza jest zły

Polemika prezesa ZNP z prof. Leszkiem Balcerowiczem

W  ostatnich dniach prof. Leszek Balcerowicz były wicepremier, minister finansów i prezes Narodowego Banku Polskiego w wielu wypowiedziach opisując działania rządu w sferze ekonomii, podejmowane lub zaniechane zmiany, kilkakrotnie dotknął spraw związanych z edukacją a raczej z jej kosztową częścią, którą są nauczyciele. Pojawia się nowa, bardzo okrojona koncepcyjnie wersja „reformy Balcerowicza” dotycząca oświaty. Profesor Balcerowicz proponuje:

- zwiększenie pensum nauczycieli do poziomu Finlandii (z 18 do 25 godzin tygodniowo),

- wprowadzenie nowego systemu bodźców rozwoju zawodowego nauczycieli.

Towarzyszy temu krytyka dokonanych i planowanych podwyżek płac nauczycieli. Profesor Balcerowicz nazywa taką decyzję rządu „nieodpowiedzialnością” twierdząc, że „dosypywanie większych pieniędzy do kiepskiego systemu nie poprawi jego działania”. Diagnoza niezwykle surowa, tyle że niepoparta żadną argumentacją. Postawiona ex catedra, jak przystało na profesora.

Nie można tej oceny pozostawić bez  komentarza i bez wyjaśnień.

Edukacja to nie rynek z towarem i konsumentami, choć wiele w ostatnich latach zrobiono, aby ten pogląd stał się obowiązującym. Niemałe zasługi mają w tym zakresie także osoby z „branży edukacyjnej”, które w ramach swojej działalności z ucznia zrobili „klienta”, a z nauczyciela „sprzedawcę” usług edukacyjnych. Bez względu na trendy, silną komercjalizację i ekonomizację także naszego języka, nie powinniśmy edukacji traktować jak towaru na sprzedaż. Inaczej będziemy mieli do czynienia z lepszymi i gorszymi klientami, z towarem z najwyższej półki, który stać się może niedostępny dla milionów, jak obecnie w odniesieniu do wielu dóbr. To byłaby prawdziwa społeczna katastrofa. Zdaniem ZNP - być może jesteśmy w mniejszości - edukacja nie może być dziedziną nastawioną na działanie dla osiągania zysków finansowych. Tutaj „niewidzialna ręka rynku” może sprawić, że tak jak na początku lat ’90 zniknęły publiczne przedszkola, tak teraz z wielu regionów Polski mogą zniknąć szkoły, szczególnie te małe i położone na wsiach, bo ich prowadzenie będzie zbyt kosztowne i nieopłacalne z finansowego punktu widzenia. Tymczasem priorytetem Polski powinna być bezpłatna, publiczna edukacja na wysokim poziomie, obejmująca wszystkie etapy naszego życia od przedszkola, po ideę uczenia się przez całe życie. Edukacja wyrównująca szanse, dająca możliwość życiowego awansu, emancypacji oraz inkluzji wszystkich, którzy są wykluczeni. Edukacja rozumiana jako najlepsza inwestycja w kapitał społeczny całego narodu a nie jedynie wybranych, najbogatszych lub tylko tych, którzy mają to szczęście mieszkać w bogatych gminach.

To, jak dziś funkcjonuje polski system kształcenia pokazują m.in. międzynarodowe badania. Polska została zaliczona do nielicznego grona krajów, w których w ostatniej dekadzie wyraźnie poprawił się poziom wiedzy i umiejętności młodzieży. Potwierdzają to wyniki prestiżowego badania PISA (The Programme for International Student Assessment), które organizuje Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). We wszystkich dziedzinach badań PISA Polska zajmuje obecnie miejsce w pierwszej jedenastce krajów UE - ma 5. miejsce w czytaniu, 7. miejsce w naukach przyrodniczych, 11. miejsce w matematyce.

W lutym br. w obecności premiera Donalda Tuska, Andreas Schleicher szef zespołu analiz i wskaźników w Dyrektoriacie ds. Edukacji Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju wyjaśnił, że OECD podjęła decyzję o prezentacji badań PISA 2009 w Warszawie ze względu na bardzo dobre wyniki, osiągnięte w tych badaniach przez polskich gimnazjalistów w latach 2000 - 2009. – „Po drugiej edycji badań nie dowierzaliśmy, patrząc na polskie wyniki, że tak szybko reforma edukacji dała rezultat i wyniki uzyskane przez polskich uczniów są lepsze. Kolejne edycje pokazały, że jest co raz lepiej i lepiej” – mówił.

Wyników badań PISA nie da się nie zauważyć. Dlatego twierdzenie, że system kształcenia w Polsce jest kiepski, nie ma żadnych podstaw, inaczej nasi uczniowie nie osiągnęliby takich wyników w międzynarodowych badaniach, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że jak w każdej dziedzinie, także w oświacie wiele można i trzeba jeszcze poprawić. Tym bardziej, że kształcenie dzisiejszych uczniów, ale także przygotowanie nauczycieli musi uwzględniać wyzwania przyszłości.  

A właśnie kształcenie nauczycieli jest  jednym z najważniejszych i najtrudniejszych  zadań, które stoi przed szkolnictwem wyższym. Choć dalecy jesteśmy od tak surowego osądu prof. Balcerowicza, to jednak w tym zakresie mamy wiele do nadrobienia. Od lat Związek Nauczycielstwa Polskiego jako jedyny domaga się dyskusji o przygotowaniu przyszłych pedagogów oraz doskonaleniu tych już pracujących. Niestety, kolejni ministrowie edukacji oraz nauki i szkolnictwa wyższego nie są zainteresowani podjęciem odpowiednich kroków prawnych zmierzających do poprawy sytuacji i zreformowania kształcenia nauczycieli tak, by było ono zorientowanie na przekazywanie umiejętności, a nie encyklopedycznej wiedzy. A przecież był doskonały moment do radykalnej zmiany w zakresie kształcenia nauczycieli, tak w formie jak i treści, a decyzja ta należała także do ... wicepremiera Leszka Balcerowicza. Tu musi pojawić się pytanie: dlaczego w czasie wdrażania reformy ministra Handke, ówczesny wicepremier nie zgłosił swoich uwag dotyczących przygotowania przyszłych nauczycieli. Dlaczego ten krytyczny osąd, niesprawiedliwie oceniający pracę większości nauczycieli, nie pojawił się wówczas i nie skłonił do zaproponowania zmian. ZNP poparłby zapewne te propozycje. Wszak byliśmy jedynymi, którzy mówili: reforma jest niezbędna, ale zacznijmy od programów i kształcenia nauczycieli. Wybrano inne preferencje, pomijające zdanie nauczycieli i udział w tym miał także wicepremier Balcerowicz. Dobrze, że przyszła refleksja. Szkoda, że po blisko 13 latach. Ale nadal z zainteresowaniem oczekujemy propozycji prof. Balcerowicza dotyczącej kształcenia nauczycieli, propozycji merytorycznej, wynikającej z rzeczowej diagnozy jak przystało na przedstawiciela tego zawodu. Warto także wziąć pod uwagę wyniki raportu Teaching and Learning International Survey (Talis) z 2009 r., gdzie znajdziemy niezwykle korzystne oceny dotyczące przygotowania zawodowego obecnie pracującego polskiego nauczyciela.

Pomysł zwiększenia pensum rodzi pytanie: dlaczego z modelu fińskiego wykorzystać jedynie wysokość pensum? Wszak widzimy drzewa, a nie widzimy lasu. Dlaczego nie sięgnąć po fiński poziom wynagradzania i system wsparcia nauczycieli, wysokość nakładów na edukację, standard wyposażenia klas, system kształcenia nauczycieli, gdzie o jeden indeks na kierunku pedagogicznym stara się 10 kandydatów, bo jest to tak dobrze płatny zawód? To tak, jakbyśmy chcieli poprawić pracę komputera, wymieniając tylko baterię na model o dłuższym działaniu, bez inwestycji w nowe technologie.

Wicepremier Balcerowicz przemilcza społeczne i organizacyjne skutki zwiększenia  nauczycielskiego pensum do poziomu 25 godzin. To wymusi bowiem zwolnienie jednej czwartej zatrudnionych, czyli ok. 150 tys. nauczycieli oraz poważne ograniczenie zatrudnienia dla pozostałych pracowników. Dla tych, którzy po zwolnieniach zostaną w szkołach, nie będzie wystarczającej liczby godzin zajęć pozwalających na zatrudnienie w pełnym wymiarze godzin.  W gminie z  kilkoma szkołami nie będzie łącznie, poza językiem polskim, odpowiedniej liczby godzin dla dydaktyków. Będziemy mieli więc wędrujących  nauczycieli fizyki, chemii, historii pracujących na cząstkach etatu. Bez  możliwości awansu zawodowego, ale i bez prawa do … kredytu bankowego. Nauczycieli z niską pensją, z czasowymi umowami o pracę, z ograniczonymi szansami na poprawę swojej sytuacji zawodowej i materialnej. I zapewnie z coraz mniejszym autorytetem. Natomiast ci szczęśliwcy, dla których „wystarczy” pracy będą nią nadmiernie obciążeni, bo skoro dziś ich tygodniowy czas pracy wynosi 40 godz., to po zwiększeniu pensum będzie to 50 godz. Nie tylko nie poprawi to jakości kształcenia, wręcz przeciwnie, ale „rozłoży” pracę wychowawczą szkoły. Nauczyciel będzie gościem w placówce, wpadającym tylko na swoje godziny, bez kontaktu z dzieckiem, z jego rodzicami, bez związku emocjonalnego ze „swoją szkołą”. Mamy doświadczenie z „wędrującymi profesorami” wyższych uczelni, pracującymi na kilku etatach w odległych szkołach, a raczej dających swoje nazwisko do statystyki. Czy w tym kierunku mamy podążać? Czy taką właśnie strategię race to the bottom, czyli wyścigu do dna, w której stawką jest podwyższanie konkurencyjności i obniżanie kosztów pracy, proponuje nam były wicepremier? Czy debata o deficycie budżetowym nie jest przypadkiem wykorzystywana do wprowadzenia neoliberalnych zmian w edukacji, uelastycznienia rynku pracy w oświacie bez dbałości o bezpieczeństwo pracowników oraz jakość kształcenia? Czy przypadkiem ten „kryzys” nie jest próbą wskazania, że nie ma innej alternatywy, jak doktryna szoku w branży edukacyjnej?

A co na ten temat powiedzą rektorzy wyższych uczelni kształcących nauczycieli, którym już dzisiaj kryzys demograficzny spędza sen z powiek, a którym profesor Balcerowicz odebrałby tysiące studentów z kierunków pedagogicznych?

ZNP w 2008 r. zgłosił projekt badania czasu pracy nauczyciela. Mamy nadzieję, że po trzech latach oczekiwań badanie zostanie przeprowadzone. Jesteśmy przekonani, że położy to kres jałowej debacie o czasie pracy nauczyciela i jego rzekomo małym pensum, które obecnie w zależności od stanowiska wynosi od 18 do 30 godzin przepracowanych bezpośrednio z dzieckiem. Ustawowy, opisany w Karcie Nauczyciela, czas pracy wynosi 40 godzin, a i tak znakomita większość nauczycieli pracuje zdecydowanie dłużej. Poczekajmy na wyniki badań.

I na zakończenie o bliskich profesorowi pieniądzach. Dzisiaj, po kilku podwyżkach w ostatnich latach, wynagrodzenie zasadnicze stażysty wynosi 2039 zł, a dyplomowanego 2799 zł. Czy to naprawdę są „złote góry”?

Sławomir Broniarz

Prezes ZNP

 

Tekst został opublikowany w Głosie Nauczycielskim nr 10 z 9 marca 2011 r.